01 lut 2010

Nieźle się zapowiada 2010 rok. W ciągu miesiąca mieliśmy aferę olejową, łapówkarską i niestety kilka wypadków. Ale są też pozytywne sprawy, takie jak nowa odsłona portalu www.NoweMiasto.wm.pl.

Po miesięcznym urlopie od bloga i swego rodzaju niemocy twórczej wracam:). Odpocząłem, rozpocząłem coś nowego, czemu ostatnio dużo czasu poświęcałem, więc teraz mogę znów zacząć pisać.

Zacznę od końca – specjalnie dla Was uruchomiliśmy nowy portal www.NoweMiasto.wm.pl, a wraz z nim portale gminne. Co to Wam daje? Dużo więcej informacji niż do tej pory. Co więcej – informacji, które sami możecie tworzyć. Każda gmina ma teraz swoją stronę internetową, a  z naszą redakcją współpracują korespondenci z danych miejscowości. Jeśli chcesz zostać jednym z nich, napisz do nas (nml@gazetaolsztynska.pl lub l.paczkowski@gazetaolsztynska.pl).

Teraz parę słów o Urzędzie Pracy. Przez wiele długich lat pracowała tam pani Irena N. Była odpowiedzialna m.in. za przyjmowanie wniosków na unijne dofinansowania na otwarcie działalności gospodarczej itp. Przyjmować miała bez łaski, w końcu to kasa dla bezrobotnych. Niestety, nie było łatwo. Jak się okazuje sporo sobie liczyła za, powiedzmy, przepchnięcie wniosku. Skończyło się na tym, że trafiła do aresztu, zarzuty usłyszało kilka osób, a pewnie i następne jeszcze usłyszą. Sprawą zajmuje się prokuratura z Elbląga, która już ogłosiła, że ci, którzy przyznają się sami i pomogą w śledztwie, mogą liczyć na szczególne traktowanie. Ciekawe, czy ktoś się przyzna.

Druga sprawa, to afera w nowomiejskiej podstawówce przy ul. Tysiąclecia, z której woźny wywoził olej. Kradł facet, no cóż, zdarza się. Sęk w tym, że woźny jest zięciem dyrektorki podstawówki przy ul. Jagiellońskiej. Kiedy jeszcze nie był jej zięciem, przyjęła go ona do pracy (nie było jeszcze wtedy dwóch szkół podstawowych, a jedna w dwóch budynkach, więc dyrektorka skierowała go do pracy do tego przy Tysiąclecia). Teraz zięć teściowej narobił wstydu, a sam stracił pracę.

Tyle o aferach. Wiem, że krótko i zwięźle, ale w następnym poście nieco bardziej się rozpiszę. Teraz wracam do pracy :)

31 gru 2009

Kończy się rok 2009. Dla jednych było to dobre 365 dni, a dla innych nieco gorsze. Ja w sumie jestem zadowolony, ale zawsze mogłoby być lepiej. Mógłby żyć Michał Osicki, a Arek Gross mógłby podróżować po Afryce. I ci ludzie, którzy zginęli w wypadkach. Tak, oni też mogliby żyć dalej.

W Nowym Mieście Lubawskim w końcu doczekaliśmy się kładki na Drwęcy, ale nie mamy wciąż ronda. Przeszedł projekt na budowę kanalizacji, ale toruńscy inwestorzy nie będą chwalić nowomiejskiego klimatu. Słowem – były wzloty i upadki, jak wszędzie zresztą.

I tak też będzie w przyszłym roku, można być tego więcej niż pewnym. No, przyszły rok obfity będzie w przedwyborcze obietnice, bo w końcu trzeba będzie postawić krzyżyki przy nazwiskach kandydatów na wójtów, burmistrzów i radnych. Zanim jednak „X” nakreślimy, najemy się ostro tej przedwyborczej kiełbasy.

Ale nie o kiełbasie czas mówić, a o tym, czego ja życzyłbym sobie w przyszłym roku:

1. Chciałbym byśmy wszyscy bezpieczniej zachowywali się na drogach. Kierowcy niech mają oczy dookoła głowy i jeżdżą rozważnie, piesi i rowerzyści niech noszą koszulki i będą widoczni, a wszyscy w samochodach zapinajmy pasy. Moje apele i tak na nic się nie zdadzą, bo każdy ma swój rozum i swoje podejście do jazdy, w końcu „nie będzie mi tu jakiś dziennikarzyna mówił jak mam jeździć”. Cóż, na blogu swoje powiem, Wy zrobicie z tym co chcecie. Ja tylko wspomnę o tym, że w 2009 roku zginęło na nowomiejskich drogach, o ile mnie pamięć nie myli, 9 osób. O liczbie wypadków nie będę lepiej wspominał. Zwolnijmy, bo szkoda życia.

2. A propos życia. Korzystajmy z niego, tak jak prosił o to Michał Osicki i tak jak korzystał z niego Arek Gross. Oni już są gdzieś indziej, ale pozostawili po sobie coś, o czym nie możemy zapomnieć i czego powinniśmy się trzymać. Pozostawili radość  z życia.

3. Skończmy z zawiścią, cieszmy się z tego, że mieszkamy w Nowym Mieście Lubawskim i wspólnymi siłami zróbmy coś dla tego pięknego miasta. Nie kłóćmy się, nie oczerniajmy w internecie, na forach. Bądźmy życzliwi i pogodni, a nie wiecznie narzekający i nerwowi.

4. Wejdźmy w Nowy Rok z uśmiechem na ustach i dobrą pogodą w sercach. I niech ten uśmiech i ta pogoda trzymają się nas przez kolejne 365 dni.

Cóż, może moje życzenia się spełnią. Może w końcu w Nowym Mieście Lubawskim nie będziemy słyszeć narzekań, że to kolejny market powstaje, że jest źle, niedobrze i w ogóle fatalnie. To od nas zależy, jaki ten rok będzie. Ja wierzę, że będzie dobry, a przy urnach za kilka miesięcy dokonamy dobrego wyboru. Dla nas i dla naszego Nowego Miasta Lubawskiego.

Tego życzę sobie i wszystkim Wam, moi drodzy Czytelnicy. Pozdrawiam i do zobaczenia!

P.S.

Mój blog bierze udział w konkursie na Bloga Roku organizowanym przez Onet.pl. Już niedługo zostanie uruchomione głosowanie i jeśli tylko chcecie, możecie wziąć w nim udział (szczegóły w linku po prawej). Za każdy głos serdecznie dziękuję, tak samo jak za każdy komentarz i kolejne odwiedziny.

Raz jeszcze pozdrawiam!

24 gru 2009

Nie będę pisał wierszyków, rymowanek, każdy dostaje takie co roku. Ja życzę Wam wszystkim po prostu tego, co najlepsze, wiecznego uśmiechu na ustach i zadowolenia z życia.

Wszystkiego dobrego z okazji Świąt Bożego Narodzenia!

16 gru 2009

Firma Marbud, która buduje w Nowym Mieście Lubawskim market Netto, będzie ostrzegać innych inwestorów przed klimatem panującym w NML. Mówiąc w skrócie: “nie inwestujcie tam, bo się wpakujecie. Ludzie tutaj są okropni.”

O NML kilka razy już było głośno w ogólnopolskich mediach. A to była burmistrz Lidia Grabowska porównywała się na antenie Polsatu do Matki Teresy z Kalkuty, a to w nowomiejskiej policji wybuchła afera z pobiciami. Mimo tych kilku nieprzyjemnych spraw ludzie tu mieszkający chcą, by Nowe Miasto Lubawskie było w kraju odbierane pozytywnie. W końcu któż z nas, za przeproszeniem, chce narobić w swoje własne gniazdo.

Niestety w NML jest dużo osób, które do wszystkiego co przychodzi z zewnątrz podchodzą na zasadzie psa ogrodnika. Sam nie zje, a drugiemu nie da też. Pisząc o tym przywołam swój poprzedni wpis o budowie marketu w centrum miasta. Dziś się nieco powtórzę, ale już tłumaczę, dlaczego.

Otóż na wtorkowej sesji Rady Miasta burmistrz Alina Kopiczyńska odczytała list firmy Marbud, czyli tej samej, która buduje market Netto przy ul. 3 Maja. Firma ta zdecydowała się zabrać głos wobec wpisów pani Hanny Herbert na forum internetowym na stronie Grzegorza Podkomorzego. Nie będę ich przytaczał, sami poczytajcie — link.

Jednak to, że firma zabrała głos, to jeszcze nic wielkiego. Chodzi natomiast o to, co było dodane na końcu tegoż przytaczanego przez burmistrz Kopiczyńską listu. Marbud napisał bowiem, że nie będzie polecał żadnemu inwestorowi prac w Nowym Mieście Lubawskim. Mówiąc w wielkim skrócie przesłanie brzmiało: “nie inwestujcie tam, bo się wpakujecie. Ludzie tutaj są okropni.” To oczywiście moja interpretacja, ale wydaje mi się, że trafna.

Wychodzi więc na to, że Nowe Miasto Lubawskie jest tylko dla nowomieszczan, ziemia tylko dla ziemniaków, a Polska dla Polaków. Reszta się nie liczy. Jeśli tak dalej pójdzie, to na rogatkach NML ustawione zostaną barykady i żaden samochód z inną rejestracją niż NNM tutaj nie wjedzie, a na niebie nie zobaczymy żadnego samolotu, bo to przecież nasze, nowomiejskie niebo będzie.

Nie dziwię się, że młodzi ludzie wyjeżdżają z tej pełnej zawiści mieściny. Nie dziwię się burmistrzom, którzy może i próbują ściągnąć inwestorów, ale zawsze się to komuś nie podoba. Teraz będzie jeszcze trudniej. Jak tu ma być dobrze, skoro najwidoczniej sami nie chcemy, by było?

12 gru 2009

Kilka miesięcy temu Michał Osicki z Mroczna, kiedy pisałem do Reportera tekst o jego walce z białaczką, powiedział mi, że jeśli za ten artykuł dostanę jakąś nagrodę, to mam z nim co nieco wypić. Szkoda Michale, że nie doczekałeś tej chwili.

Wiem, że gdzieś tam na górze jesteś, Michale. Pamiętam, jak umawialiśmy się na parę drinków po skończonym materiale. Pamiętam jak mówiłeś, że pewnie dostanę za to jakąś nagrodę. Nie myliłeś się, dostałem. Wczoraj, na podsumowaniu roku w Gazecie Olsztyńskiej, dostąpiłem ogromnego zaszczytu i wyróżnienia, bo znalazłem się w tzw. złotej dziesiątce 2009 roku. To nagroda za to, co napisałem  w 2009 na łamach Reportera, Gazety i tu, na blogu. To także wyróżnienie za rozwój serwisu www.nowemiasto.wm.pl.  Szkoda, że nie możesz już cieszyć się tym razem ze mną.

Ta nagroda jest dla mnie ogromnym wyróżnieniem, co już zresztą wyżej podkreśliłem. Cieszę się z niej niesamowicie, robię to, o co prosiłeś. I nie chodzi tu o picie drinków (choć przyznam, że parę zaliczyłem ;) ), a o radość z życia, którą przekazałeś mi i nam wszystkim. Twoje rady i walka ze śmiercią dały tak wielkiego kopa, że życie nabrało innego sensu i znaczenia. Dziękuję Ci za to.

Dziękuję też Wam, drodzy Czytelnicy. Bez Was, Waszych sygnałów i opinii, zwłaszcza tych krytycznych, mój sukces byłby niemożliwy. Dla mnie największą nagrodą jest to, że jesteście ze mną i czytacie moje artykuły i wpisy na blogu. Dziękuję.

P.S. Nagrodę dedykuję oczywiście Michałowi. Mam nadzieję, że kiedyś wypijemy tego drinka. Do zobaczenia!

10 gru 2009

Warto słuchać i szanować starszych ludzi. Co z tego, że dziadek bywa upierdliwy, a babcia zawsze wciska swoje racje. Niedługo ci ludzie odejdą z tego świata, a pozostaną po nich jedynie ich opowieści. Jedną z takich usłyszałem od Henryka Mączkowskiego, który 70 lat temu był świadkiem egzekucji w Nowym Mieście Lubawskim.

Czasami mamy tego dziadkowego gadania dość, uważamy, że swoje wiemy, bo przeżyliśmy 30 czy więcej lat. Może i tak, ale ci starsi ludzie, babcie, dziadkowie, oni widzieli i przeżyli wojnę. Spotkało ich to, co nam, młodym, znane jest z lekcji historii, telewizji czy internetu.

Wiele razy, jako kilkuletni smark, słuchałem opowieści swojego dziadka o wojnie. Opowiadał gdzie był, co robił. Czasami łza w oku mu się kręciła, głos załamywał. Wielu rzeczy nie chciał pamiętać. Jakiś czas temu, chyba rok temu, ponownie wysłuchałem opowieści dziadka. Nagrałem go na dyktafon, podobnie zresztą jak i babcię. Nagrałem nie tyle dla opowieści, a dla ich głosu. Podpowiedział mi to znajomy, spec od genealogii Janusz Laskowski. Miał rację. Trzeba pamiętać swoich przodków, zachowywać po nich każde świadectwo, jakie jest tylko możliwe do zachowania. Zrobilem też kilka zdjęć. Takich, żeby o nich pamiętać.

Nasze pokolenie nie zna tego, co pamiętają babcie i dziadkowie. My nie byliśmy świadkami wojny, mordów, zabójstw sąsiadów, znajomych. Myślimy że to, co przeżyliśmy do tej pory, to już spory bagaż doświadczeń. Ale czy zobaczyć, jak bez powodu ktoś zabija ci sąsiada, brata, wujka, jest tym samym, co strata pracy, kłótnia z najbliższymi czy nietrafiona inwestycja? Wątpię.

Henryk Mączkowski, nowomieszczanin, który mając 12 lat musiał oglądać egzekucję i ciała zamordowanych przy obecnej ulicy 7 grudnia, przekazał mi swoje świadectwo. Opowiedział co widział, jak się czuł. To było po prostu straszne. Znał zamordowanych przez Selbstschutz. Niemcy jemu i jego klasie urządzili lekcję wychowawczą – mieli zobaczyć, jak “robi się porządki”. Zobaczyli i ci, którzy jeszcze żyją, pamiętają to do dziś, tak jak pan Henryk.

Ale opowieść pana Henryka nie jest jedyną. Wiele osób, świadków tej tragedii, wciąż żyje. Może to Twoja babcia lub dziadek? Porozmawiaj z nią, zapytaj. Zrób to, póki jeszcze żyją, bo doskonale wiemy, że czas biegnie nieubłaganie.

Na chwilę jeszcze zostanę przy tym, co działo się w Nowym Mieście Lubawskim pod koniec 1939 roku. Wczoraj przeczytałem fragment książki “Niezwyciężeni” Juliusza Grodzińskiego. Jeden z jej rozdziałów nosi tytuł “Miasto na rozstrzelanie” i traktuje właśnie o egzekucjach i mordach na terenie Nowego Miasta Lubawskiego, Bratiana i okolic. W sumie w ciągu raptem kilku miesięcy zamordowanych zostało tutaj około 300 osób. Przyznam szczerze, że nie miałem o tym pojęcia. Owszem, wiedziałem gdzie była siedziba Selbstschutzu, że coś takiego działało, ale że aż tyle osób straciło życie, nie.

Ginęli bez powodu, zupełnie. Ale najciekawsze i najbardziej tragiczne jest to, że przed wybuchem wojny ci ludzie żyli z Niemcami jak z rodziną. Polak trzymał Niemcowi dziecko na chrzcie, a później ten sam Niemiec kazał go aresztować, po czym słuch o Polaku zaginął. Nie wiem, co tym ludziom (Niemcom) poprzestawiało się w głowach w ciągu raptem kilku dni i to w takim stopniu, że wydawali i zabijali swoich przyjaciół, szwagrów, dawnych żywicieli. Nie potrafię tego zrozumieć.

I właśnie dlatego warto rozmawiać ze starszymi, z naszymi babciami i dziadkami. Może oni znają odpowiedzi na te i inne pytania. Może potrafią wyjaśnić, dlaczego ich dawni przyjaciele byli w stanie posłać ich na śmierć, zabić. Rozmawiajmy, póki jeszcze jest czas.

04 gru 2009

Zapewne każdy czasami myśli sobie, że fajnie byłoby wrócić do czasów szkoły średniej, prowadzić beztroskie życie licealisty i niczym się nie przejmować. My mieliśmy ten “komfort”, że mogło się opuścić lekcje, a rodzice o tym nie wiedzieli. W nowomiejskim “Norwidzie” już tak dobrze nie mają.

W dobie wszędobylskich kamer, aparatów fotograficznych i innych sprzętów nagrywających nie ma co się dziwić, że i w szkołach chce się wprowadzić nową formę kontroli uczniów. W nowomiejskim Zespole Szkół im. C.K. Norwida zdecydowano się na elektroniczny dziennik. Dzięki temu “cacku” rodzice będą mogli na bieżąco sprawdzać swoje dzieci.

Co więc czeka uczniów? Masakra, mówiąc wprost. Jeśli dostaniesz “pałę”, po paru godzinach rodzic dostanie sms-a, podobnie zresztą będzie jeśli uciekniesz z lekcji. Zapewne skończą się więc wypady na miasto, bo wielki brat (w tym przypadku rodzic) będzie patrzył. Dobrze, że szkołę średnią mam już za sobą, bo gdyby za moich czasów wprowadzono takie “udogodnienie”, to byłoby nieciekawie.

Sami nauczyciele chyba też nie będą mieli ciekawie i szczerze im współczuję. Pewnie teraz w ogóle nie będą mieli przerw. W końcu ktoś te oceny musi do systemu wprowadzić.

A co do młodzieży to cóż… Rodzice też inaczej niż za moich czasów podchodzą teraz do dzieci w średniej. Kiedy od czasu do czasu spotykam się z moimi byłymi nauczycielami czy ze znajomymi, którzy w tym zawodzie pracują, to łapię się za głowę. Jakie ludzie wymyślają wymówki, by się zwolnić z zajęć, to głowa mała. Zwolnienia są tak niewiarygodne, że trudno uwierzyć w ich autentyczność. Dla przykładu podam jedno, moim zdaniem zasługujące na miano “zwolnienia roku”. Otóż w pewnej szkole pewna uczennica przyniosła zwolnienie z zajęć z powodu, uwaga, umówionej wizyty u fryzjera. Ciekawe, co nie? Nawet kiedy nauczycielowi tego typu wymówki wydają się być zbyt, za przeproszeniem, idiotyczne, by były prawdziwe, to wtedy do akcji wkraczają rodzice, którzy w zaparte bronią dzieci (może im głupio przyznać się do winy nastolatka?).

Za moich czasów było jakoś inaczej. Jak w każdej szkole z frekwencją bywało różnie, ale w sumie takie opuszczenie zajęć (w granicach przyzwoitości), to nie koniec świata. Bycie nastolatkiem też ma swoje prawa, prawda?

Poza tym, przyznam szczerze, dziwię się rodzicom, którzy swoim dzieciom załatwiają papiery na dyslekcję, dysortografię i dyskalkulię i inne takie. Wychodzą z założenia, że po co dziecko ma się uczyć, skoro może mieć w szkole święty spokój. Kiepskie to podejście, bo za nim idzie prawdopodobieństwo, że za kilka lat nasze społeczeństwo będzie niezbyt dobrze wykształcone. I nie chodzi mi tu o magistrów i doktorów, a m.in. o ortograficzną poprawność. Nie twierdzę, że sam błędów nie robię, bo i takie się zdarzają. Mi jednak nikt papierów nie załatwiał, a gonił do nauki. Może inni rodzice też tak powinni zareagować, a nie iść na łatwiznę?

02 gru 2009

Nie ma czasu na nic, jak coś napisze, to zawsze źle, a jak go objadą w komentarzach w necie, to w zasadzie jego wina i on powinien za to przeprosić. Za każde słowo jest rozliczany, a jak zapomni przecinka, to jest skreślony. Przy tym wszystkim zarabia niewiele, a ludzie mają go za gwiazdę. O kim mowa? O dziennikarzu.

Często zastanawiam się jak to z nami, ludżmi, jest. Ile w wielu z nas jest  jadu, nienawiści i zazdrości. Jeśli komuś się w jakiś sposób powodzi, to jest od razu karierowiczem, gwiazdą, szpanerem. Piszesz bloga – szpaner i gwiazdor, udało ci się założyć firmę przynoszącą zyski – karierowicz, zarozumialec i takie tam.

W każdej pracy jest tak samo. Tam gdzie są ludzie, tam rodzą się konflikty, ale i zawiązują przyjaźnie, dobre znajomości. Szkoda tylko, że coraz częściej dochodzi jednak do konfliktów. Ludzie mają ci za złe każde twoje powodzenie, a z każdego potknięcia cieszą się jak dzieci.

Z dziennikarzami jest podobnie. Jesteśmy wystawieni na komentarze opinii publicznej, naszych czytelników, dla których przecież piszemy. To nic, że praktycznie zarywamy każdy weekend, wieczory, niekiedy wstajemy w nocy i pędzimy na miejsce zdarzenia, by tylko przekazać informacje. Nie, nie robi się tego dla pieniędzy, ale z poczucia obowiązku informowania, a niekiedy z powodu pasji. Na jednym z moich dotychczasowych szkoleń nasz trener powiedział nam, że dziennikarze to pasjonaci, a nie ludzie, którzy chca dużo zarabiać. Ci, którzy marzą o sporej kasie, niech nie pchają się w dziennikarstwo. I ma rację.

Wielu z nas to pasjonaci, którzy właśnie pasję stawiają na pierwszym miejscu. Na dalszy plan schodzi rodzina, życie prywatne. Tak jest u 90 procent dziennikarzy. Tylko na dobrą sprawę co z tego wynika? Realizujesz się, a i tak jesteś zerem. Ludzie zawsze będą mieli ci za złe, że napisałeś artykuł tak, a nie inaczej, że myślisz inaczej niż oni i opisujesz to na blogu. Zawsze będzie źle, w końcu jeszcze się taki nie narodził, który by każdemu dogodził. A jak cię objadą w komentarzach, napiszą o tobie w bardzo niecenzuralny sposób, to w zasadzie powinieneś sam za to przeprosić piszącego te komentarze.

Nie mamy lekko. I nie będziemy mieć. Nie jesteśmy gwiazdami z tego powodu, że realizujemy swoje pasje. Jeśli dużo cię w gazetach i internecie, to znaczy że dużo piszesz i robisz to, co lubisz. To nie szpanerstwo, a pasja, zaangażowanie. Jakkolwiek dobry byś nie był, to i tak w oczach anonimowych internautów jesteś zerem, boś dziennikarzyna czy redaktorzyna i to marna.

Ale mimo to, mimo tych wszystkich niezbyt przyjemnych spraw, my, dziennikarze, kochamy to, co robimy. Nasze rodziny to akceptują, bo widzą, że w tej pracy się realizujemy, że praca nas pochłania i z błyskiem w oku piszemy kolejne teksty. Ten błysk sprawia, że chcemy to robić raz za razem. Przynajmniej ja chcę.

01 gru 2009

W sieci nikt nie jest anonimowy. Przekonał się o tym jeden z użytkowników serwisu www.nowemiasto.wm.pl, który swego czasu napisał kilka niezbyt przyjemnych słów o mojej osobie. Dziś w sądzie przeprosił za swoje zachowanie i dostał nauczkę. Może inni powinni pójść jego przykładem?

Sprawa tyczyła się kilku wpisów pod newsami dotyczącymi wypadków samochodowych. Pan B. nie mógł się powstrzymać i napisał kilka nieprzyjemnych słów. A to że jestem taki i owaki, że wyglądam jak…, a na to wszystko bliskiej mi osobie życzył, w przenośni, śmierci w wypadku.

Sprawę zgłosiłem odpowiednim organom w lipcu, kilka dni po tym, jak pojawiły się te wpisy. Po kilku miesiącach dostałem informację z sądu, że 1 grudnia odbędzie się posiedzenie pojednawcze w sprawie, w której jestem oskarżycielem. Tak też się stało.

Pan B. przyznał przed wejściem na salę rozpraw, że nie spodziewał się takiego spotkania. Już wówczas mnie przeprosił i stwierdził, że zrobił coś bardzo głupiego, pod wpływem chwili, w sumie sam nie wiedział dlaczego.

Podczas posiedzenia przyznał się do winy, powiedział że jego czyn jest karygodny i szczerze za wszystko przeprosił. Poszliśmy na ugodę, stwierdziłem że pan B. dostał odpowiednią nauczkę. Przeprosił w sądzie, ja dostanę zwrot kosztów sądowych i zadośćuczynienie.

W tej sprawie nie chodziło mi o kasę, czy o przeprosiny, ale o to, by pokazać, że nie ma anonimowości w internecie. Możecie pisać na różne osoby najróżniejsze rzeczy, możecie chować się za nickami xyz czy jeszcze innymi, ale i tak, jeśli ktoś zdecyduje się na taki krok jak ja, w końcu będzie wiadomo, kto co pisał. Wtedy rodzice danego nastolatka, czy już sami dorośli ludzie piszący takie rzeczy, mocno się zdziwią. Wezwanie do sądu sprawia, że otwieramy szeroko oczy.

Mam nadzieję, że więcej takich kroków nie będę musiał podejmować i takich panów B. będę poznawał normalnie, a nie na sali rozpraw. Może będzie to nauczką dla tych, którzy wciąż decydują się na głupotę w komentarzach. Pan B. już wie, że więcej czegoś takiego nie zrobi.

20 lis 2009

W ciągu ostatnich paru miesięcy mieszkańcy Nowego Miasta Lubawskiego pożegnali kilka naprawdę wielkich osób. Po Michale Osickim z Mroczna i ks. Stefanie Rejewskim z tym światem pożegnał się Arek Gross. A poza tym to znów mamy aferę z policją, a pani burmistrz nie jest baletnicą.

Zacznę od Arka. Kapitalny gość, nie mam słów dla jego odwagi i chęci realizacji własnych marzeń. Podobnie zresztą jest z Rafałem Kitowskim. Obaj rzucili wszystko i wyjechali rowerami do Afryki. Majkel jak dotąd zwiedził już niezły kawał świata, dla Arka była to pierwsza wyprawa. Pierwsza i niestety ostatnia. Zmarł w Turcji po wylewie i zatorze w mózgu. Na dobrą sprawę takie coś może się nam przytrafić na środku ulicy w Nowym Mieście Lubawskim. W jego przypadku los chciał tak, a nie inaczej. Przed śmiercią pokazał jednak nam wszystkim, jak można realizować marzenia, nie bać się ich i po prostu żyć pełnią życia, chwytać je pełnymi garściami. Szkoda, że tacy ludzie odchodzą. Żegnaj Arku, szerokiej drogi…

Teraz słów kilka o nowomiejskiej policji i o materiałach emitowanych w TVP 2. Z tego co zobaczyłem w programie wynika, że w NML nie ma policji, a jest ekipa przekrętów, przestępców i sadystów. Ja wierzę jednak w to, że są tutaj uczciwi policjanci, a ci, którzy rzeczywiście naginali i łamali prawo, zostaną ukarani. Prokuratura z Gdańska ma teraz pełne ręce roboty, a ja z niecierpliwością czekam rozwiązania tych wszystkich spraw.

Na koniec zostawiłem sobie panią burmistrz Alinę Kopiczyńską. Na ostatniej sesji popłeniła niemałe faux pas mówiąc, że nie jest baletnicą. Już spieszę z wytłumaczeniem. Radny Adam Straus złożył formalny wniosek dotyczący spotkania burmistrza z wyborcami. Zrobił to nieudolnie, nie podał żadnego konkretnego powodu spotkania, ot “po prostu mieszkańcy chcą się spotkać z burmistrzem” i tyle. Co by nie było, trzeba taki wniosek potraktować poważnie. I tu niestety wkradło się faux pas, o którym pisałem wyżej. Podczas odpowiedzi na interpelacje i wnioski burmistrz Alina Kopiczyńska powiedziała, że nie jest baletnicą i nie widzi sensu w spotkaniu z mieszkańcami. Słowa pani burmistrz można różnie interpretować. Po pierwsze — faktycznie nie jest ona baletnicą i może o to chodziło. Po drugie — nie jest baletnicą i nie będzie tańczyć na życzenie. I właśnie tak to zrozumiałem. Dopiero po chwili pani burmistrz zrozumiała chyba, że zachowała się nie tak, jak powinna. Poprawiła swój błąd (i słusznie) mówiąc, że nie widzi problemu w spotkaniu z wyborcami, jeśli tylko zostanie określony jasny i precyzyjny temat tego właśnie spotkania. Mimo wszystko niesmak pozostał, przynajmniej ja go wciąż czuję.

Chwilę potem radny Straus, słysząc taką odpowiedź, zapytał czy może radni chcieliby spotkać się z mieszkańcami i z nimi porozmawiać na nurtujące ich tematy. I tu też zaczęło się kręcenie nosem, a po co, dlaczego. Przewodniczący Andrzej Nadolski stwierdził, że często spotyka się z wyborcami nawet na ulicy, Krystyna Wysokińska dodała za to, że kiedy radni mają dyżury nie ma tłumów ludzi z problemami itd. Może to i racja, ale moim zdaniem, nie każdy może przyjść na dyżur, a jednak wieczorne spotkanie dla wielu może być jedyną okazją do spotkania swojego radnego.

Jakie to szczęście, że za rok wybory, znów zaczną się obietnice, złote góry, a w Drwęcy zamiast wody płynąć będzie miód. No i inwestorzy będą tylko czekali na wynik głosowania, żeby zostawić tu swoje miliony, a Nowe Miasto Lubawskie będzie świetnym miastem prowadzonym przez odpowiednich ludzi. Oj, czas się obudzić i wracać do pracy.

P.S. Przepraszam za dłuższą nieobecność, miałem sporo na głowie i stwierdziłem, że na chwilę muszę odpuścić bloga. Teraz już wszystko wróciło do normy, więc spodziewajcie się kolejnych wpisów już niebawem:) Pozdrawiam i do zobaczenia!:)

Starsze wpisy »
BLOG ŁUKASZA PĄCZKOWSKIEGO "Trzeba uprzytomnić sobie, że nawet kiedy wszystko straci sens, znajdziesz przestrzeń, gdzie wielka wiara tłumi lęk." Tak, w utworze "Pierwsze wyjście z mroku", śpiewa Coma. Ja za to piszę. Nie tylko o Nowym Mieście Lubawskim. Moją przestrzenią jest ten właśnie blog. Dołącz do niej, dziel się spostrzeżeniami, wyrażaj opinie. A jeśli masz jakiś ciekawy temat, daj znać!

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.