W Norwidzie wciąż panuje zmowa milczenia. Wczoraj chcieliśmy z Grzesiem Podkomorzym wejść na spotkanie z rodzicami w sprawie szkoły, której być nie powinno. Niestety, pani dyrektor zamknęła drzwi i nie pozwoliła wejść. Afera jak diabli, a oni udają, że nic się nie stało.
O co w ogóle chodzi? O to, że w 2006 roku Alina Kopiczyńska, była dyrektorka Z.S. im. C.K. Norwida, a obecna burmistrz Nowego Miasta, wyszła z inicjatywą utworzenia nowej szkoły kształcącej w zawodach technik administracji i technik rachunkowości. Jej propozycja została przyjęta przez starostwo powiatowe, pozytywnie zaopiniowana pod względem prawnym, a także zaakceptowana przez kuratora oświaty. Wszystko niby pięknie i cacy. Aż do teraz.
Okazało się bowiem, że szkoła ta nie powinna była w ogóle powstać. Zgodnie z rozporządzeniem Ministra Edukacji Narodowej z dnia 8 maja 2004 r. w sprawie klasyfikacji zawodów szkolnictwa zawodowego kształcenie w tych zawodach jest dostępne jedynie w szołach policealnych. Mimo to szkoła powstała. Błędu nie dopatrzyła się Alina Kopiczyńska, nikt w starostwie również go nie zauważył, a kuratorium też go przegapiło. Również obecna kadra szkoły nie dostrzegła tej nieprawidłowości.
Teraz najlepszym sposobem, jest ukręcenie sprawie głowy. Najlepiej nic nikomu nie mówić, wypiąć się na media i po cichu zrobić swoje. Ferment już się wydostał i Norwid stracił w oczach wielu potencjalnych uczniów. Zresztą, jakoś nie rozumiem tego rzekomego prestiżu tej szkoły. Ja chodziłem do Zespołu Szkół Rolniczych w Nowym Mieście Lubawskim i się tego nie wstydzę. To były świetne lata, świetni nauczyciele i zawsze miło ich wspominam. Pamiętam też, że nigdy z Norwidem się nie lubiliśmy. Powód był prosty – czuliśmy się, jakby nami gardzili. Bo my jesteśmy z Norwida, jesteśmy lepszą klasą ludzi niż ci z rolnika. Takie było podejście. Nie mówię oczywiście o wszystkich, bo generalizowanie w tym przypadku byłoby krzywdzeniem tych normalnych ludzi z Norwida. Faktem jednak jest, że od lat tak było i chyba nadal jest, niestety.
Trzeba jednak spojrzeć prawdzie w oczy. I nauczyciele i uczniowie jednej czy drugiej szkoły oddychają tym samym powietrzem, tak samo jedzą, śpią i chodzą po tym świecie. A magistra każdy może zrobić, co to takiego? Magistrów jest na pęczki, a ilu z nich ma pracę, to już inna sprawa. I m.in. na tej podstawie nie rozumiem wybujałej wyższości niektórych osób. Wczoraj tak właśnie potraktowała mnie i Grzesia jedna z tamtejszych nauczycielek, której nie spodobał się fakt, że byliśmy w szkole i fotografowaliśmy. Zapytała grupę uczniów, czy pytaliśmy o zgodę na robienie zdjęć. Grzesiu odparł, że jesteśmy profesjonalistami, a pani magister na to, że w to wątpi. No cóż, pani magister miała pewnie rację, w końcu jest panią magister. Mój wujek powiedział mi kiedyś, że wykształcenie nie świadczy o inteligencji człowieka. Wujek akurat jest prof. dr hab., więc sądzę, że wie co mówi.
Wrócę jednak do sedna sprawy. Najgorzej w całej tej sytuacji ze szkołą wyjdą uczniowie. Ich też nie wpuszczono na wczorajsze zebranie z rodzicami i kuratorem. Weszli rodzice, kilku nauczycieli, starosta, kurator i pani dyrektor szkoły. Dziwi mnie fakt, że panuje taka cisza, że najlepiej teraz wszystko ukryć. Kiepski PR. Ja wolałbym przyznać się publicznie, że gdzieś został popełniony błąd, że konsekwencje zostaną wobec danych osób wyciągnięte, a uczniom wszystko wyjaśnić. Milczenie nie zawsze jest złotem. Potem pełno jest podejrzeń, domysłów, niedomówień. Wczoraj zresztą pani dyrektor Barbara Przeradzka-Martko zarzuciła mi, że “jak coś pan pisze, to proszę to sprawdzać”. Cóż, dzwoniłem do niej i prosiłem o komentarz jeszcze przed powstaniem artykułu, i tak zresztą bardzo ogólnego. Wybrała milczenie, teraz wyszło na to, że ja jestem ten zły.
Ciekawe, jak długo trwać będzie jeszcze milczenie. Powoli docierają do nas rodzice, zaczynają też mowić nauczyciele, ale oficjalnego stanowiska nie ma. A szkoda, bo takim publicznym przyznaniem, że jest kłopot, można o wiele więcej zyskać. Może jak przyjadą dziennikarze z TVN, którzy już zapowiadali swoją wizytę w tej sprawie, usta niektórych się otworzą i zaczną w końcu mówić. Nas, lokalnych dziennikarzy, którzy też przecież wykonują swoją pracę, traktują raczej niezbyt poważnie. Grzesiu, a może trzeba będzie zrobić tego magistra?